Miasto Lwa pod znakiem zakazów

Singapur. Nazywane miastem zakazów (zakaz żucia gum, jedzenia durianów i picia czegokolwiek w metrze, wszędzie prawie zakaz palenia, picia alkoholu, nawet chodzenia po zmroku na plaże w okularach przeciwsłonecznych itp.). Duże światowe miasto. Wydaje się, jak sugerowały inne blogi, że na zwiedzenie tego miasta wystarczą dwa, trzy dni. Jeśli ktoś lubi miejską dżunglę – polecamy wybrać się tu na dobre 5-7 dni. Godna polecenia jest wyspa Sentosa, gdzie każdy znajdzie dla siebie atrakcje. Są plaże z palemkami, bary, restauracje, resorty, oceanarium, kolejki linowe itp. Na wyspę można dostać się na 5 sposobów: samochodem, na pieszo, kolejką gondolową, promem albo pociągiem. Singapur znany jest też z dzielnicy Chinatown. Spędziłyśmy tam sporo czasu. Dzielnica chińska wszystkim może kojarzyć się z bałaganem, brudnymi barami na ulicach, hałasem. W tym mieście tylko jedno pasuje do standardu Chinatown – hałas. Reszta to mit. Tu Chińczycy żyją na bogato, z przepychem. Piękne ulice, centra handlowe, budy z żarciem na wysokim poziomie, czysto, do tego kolorowo, bo przygotowują się właśnie na przyjście nowego chińskiego roku. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem, tak samo dzielnicą chińską, jak i całym miastem. Po wylądowaniu w Singapurze, kiedy zakazano nam kupić na tutejszym lotnisku alkohol, stwierdziłyśmy, że 3 dni w mieście zakazu nam wystarczą. Bo jak tak można?? Nas Polki? Uczciwych obywateli potraktować jak przemytników?? To miasto jednak nas zachwyciło, mimo tych zakazów, mimo, że jest tu bardzo tłoczno, korki na ulicach nawet po północy, turystów masa. Teraz czujemy niedosyt kładąc się spać z myślą, że jutro rano, za kilka godzin opuścimy to miasto. Zasugerowane zdaniem innych osób spędziłyśmy tu za mało czasu. Jeszcze tu wrócimy!

Reklamy