Jak dostać się z Boracay na Malapascua Island w jeden dzień?

Nie pisujemy poradników, ale z racji, że coraz więcej osób pyta nas o wskazówki i sposoby poruszania się po Filipinach, spróbujemy tym razem opisać nasz kolejny etap przygody filipińskiej w formie instrukcji. Jedna uwaga do poniższej podróży: pora roku, pogoda, pieniądze, szczęście, wielkość grupy podróżującej i płeć ma istotny wpływ na czas pokonania tej drogi. Drogę rozpoczęłyśmy o godzinie 7 rano z centralnej ulicy na Boracay przy „Station 3” od zapakowania się w coś rodzaju busika, dowieziono nas w ten sposób do portu, oddalonego o około 2-3 km, tam wsadzono nas tradycyjnie w łódź i w ekspresowym tempie (15-20 minut) wyrzucono nas na brzeg portu Caticlan Jetty Port. Następnie czekał na nas autobus w kierunku lotniska Kalibo. Wszystko trwało jak na warunki filipińskie dość sprawnie i szybko. Takie „luksusy” spotkają Was po wykupieniu transferu hotel – lotnisko chociażby na dzień wcześniej przed planowanym lotem. Lot na trasie Kalibo – Cebu wykupiłyśmy 3 dni przed lotem za niedużą sumę, natomiast ceny lotów oscylują na tej trasie między 700 – 4000 PHP, dlatego jest to najszybszy i najtańszy sposób pokonania tej drogi. Sam lot trwał 45 minut, na jednym i drugim lotnisku poszło w miarę sprawnie, zastrzeżeń co do tej trasy nie mamy, choć na innych trasach bywało zdecydowanie gorzej, o czym w przyszłych postach i również poniżej.

Po wylądowaniu w Cebu wyszłyśmy głównym wyjściem lotniska i sugerując się radami innych wzięłyśmy taksówkę w kierunku Cebu North Bus Terminal, aby zdążyć na ostatni autobus do Maya, który jest w okolicach godziny 14. Z racji takiej, iż ostatnia łódź, która kursuje między portem Maya a wyspą Malapascua jest około godziny 17, autobus o godzinie 14 nie gwarantował nam dostania się na ostatni kurs łodzi, jednakże byłyśmy dobrej myśli i czułyśmy w kościach przygodę. Wpadając na przystanek autobusowy głodne i spragnione chociażby wody po kilkugodzinnej już podróży busami, łodzią i samolotem każda z nas rozproszyła się w innym kierunku szukając jedzenia i picia na zapowiadającą się dość długą podróż kolejnym autobusem. Wiedziałyśmy już, że podróże autobusem na Filipinach nie należą do zbyt szybkich i luksusowych, dlatego postanowiłyśmy zaopatrzyć się chociażby w wodę i jakiekolwiek „zapchaj-ryja”. W międzyczasie namierzyłyśmy peron, z którego odjeżdżał nasz autobus. Jadzia pilnując, aby autobus nie odjechał bez nas zapoznała 4 Izraelczyków, którzy łącznie z chińską Australijką planowali dostać się w to samo miejsce co my. W taki oto sposób mimowolnie powiększyła nam się grupa współtowarzyszy podróży. Z samego terminala wyjechaliśmy w autobusie w składzie: kierowca, pan bileter, Chinko-Australijka, 4 Izraelskich młodzieńców i nasza trójka. img_7184Wszyscy rozbili się pojedynczo na siedzenia myśląc, że w takiej konfiguracji pokonamy całą drogę do portu Maya oddalonego około 170 km od Cebu. Już czułyśmy luksus, aż tu nagle: zajechaliśmy na stację benzynową, potem kilkunastominutowy korek i kiedy wszyscy myśleli, że to już się skończyło i zaczniemy jechać szybciej niż 20 km /h, nagle autobus zaczął się zatrzymywać co kilkaset metrów i zabierać nowych współpasażerów. Zaczęliśmy powoli rozumieć niską cenę  zakupionego biletu. Z naszego autobusu po kilkunastu kilometrach zrobił się prawdziwy mandżur, jeśli ktokolwiek chciałby img_7185wstać z siedzenia, musiałoby to zrobić dodatkowo kilka osób łącznie z wyjściem z autobusu. Droga się dłużyła, było coraz wolniej i coraz więcej osób w autobusie. W całej tej drodze postoje były co kilkaset metrów, czułyśmy się jak w autobusie miejskim, gdzie przystanek jest co skrzyżowanie. Kiedy minęły 4 godziny, kiedy myślami byłyśmy już w porcie, okazało się, że do celu mamy jeszcze 50 km. Przypomniało to nam podróże busem w Kambodży, gdzie 200 km pokonałyśmy w 10 h. img_7187I tym razem prawie pobiłyśmy nasz rekord. Nasz autobus dotarł do celu około godziny 20. Nie było szans na łódź, do tego ciemno buro, zaczął padać lekki deszcz, sam port z kilkoma mieszkańcami, zero hoteli. Byli jednak z nami nadal koledzy z Izraela i koleżanka z Australii, którzy mieli ten sam cel – Malapascua Island. Biała skóra w Azji działa jak lep na muchy, szybko dobiegł do nas mały Filipińczyk z pytaniem: gdzie chcemy się dostać. img_7190W taki oto szybki sposób zaczęły się negocjacje cenowe przewozu prywatną łódką z portu Maya na naszą docelową wyspę. W tym momencie największe zaangażowanie wykazali koledzy z Izraela i po przyjacielsku przekonywali pana, że jego łódź jest faktycznie jedyna w porcie, ale też może zarobić. Pogoda nie była sprzyjająca, zaczęło mocniej wiać, lekko padać, więc z tego tytułu negocjacje cenowe się przedłużały, my chcieliśmy zapłacić mniej a Filipińczyk chciał wiadomo jak najwięcej argumentując to złą pogodą i porą dnia a raczej nocy. Argumenty ośmiu osób jednak były silniejsze i popłynęliśmy łodzią prawie w podobnej cenie jak wygląda regularny kurs. Po przypłynięciu do wyspy okazało się, że nie możemy nigdzie zacumować, więc każdy z nas musiał jeszcze wysiąść z łódki po biodra do wody i pójść w kierunku lądu. Mokrzy i lekko już zmarznięci całą grupą poszliśmy wspólnie na kolację. Cała trasa z Boracay na Malapascue trwała około 14-15 h, a nasz sukces dotarcia tego samego dnia na Malapascue zawdzięczamy poniekąd piątce poznanym na dworcu autobusowym młodym ludziom. Czy warto było tak „pędzić” na Malapascue ? Dowiecie się w relacji fotograficznej w przyszłych postach.

Sylwester początkiem choroby filipińskiej ?

Od miesięcy byłyśmy przekonane, że spędzimy zabawę sylwestrową na Boracay, znanej z ładnych plaż i wiecznej imprezy filipińskiej wyspie, na lotnisku w Kuala Lumpur dostałyśmy przysłowiowy kubeł zimnej wody i wizję sylwestra pod wieżami Petronas albo w najgorszej sytuacji – na lotnisku. Przy odprawie bagażu na lot do Kalibo Pani z obsługi poprosiła nas o bilet, w którym będzie informacja, kiedy skończymy nasz pobyt na Filipinach. W związku z tym, że nie planowałyśmy naszej podróży po Filipinach, szczególnie czasowo, nie posiadałyśmy takiego oto biletu, mimo, że wiedziałyśmy, iż mogą nas o to prosić, jednakże nie sądziłyśmy, że jest to aż tak wymagane. Informacja zwrotna od Pani z linii lotniczych była jasna: „nie odprawię Pań bez takiej informacji i dowodu na to, ile spędzimy czasu na Filipinach”, dodając, „że mamy jeszcze 1,5h na zakup takich biletów, bo wtedy kończy się odprawa”. Zaczęłyśmy więc od kupna biletu dla Ewy, która wiedziała kiedy kończy wakacje na Filipinach, z biletem takim podeszłyśmy wszystkie trzy do innego stanowiska odprawy, aby poprzednia Pani nas nie rozpoznała i o dziwo okazało się, że jesteśmy sprytniejsze, bo wcisnęłyśmy kit, że wracamy wszystkie na jednym bilecie, w tym wypadku – Ewy. W taki oto sposób zostałyśmy odprawione, miałyśmy oczywiście podobnie przygotowane tłumaczenia i screeny biletu Ewy, gdyby spotkała nas taka sama sytuacja na lotnisku w Kalibo.
I w taki oto sposób jesteśmy na Filipinach bez biletu wyjazdowego, a wszystko dzięki Ewie i Jej biletowi. A nasz bilet wyjazdowy kupiłyśmy dopiero kilka dni temu. Dlatego  rada dla każdego – jeśli kiedykolwiek obywatel naszego kraju będzie podróżował na Filipiny, lepiej żeby miał bilet poświadczający opuszczenie Filipin.
Po wylądowaniu w Kalibo zmuszone byłyśmy wypełnić tylko oświadczenie zdrowotne i wpuszczono nas do kraju. Przed lotniskiem jak hieny stali naganiacze na transfery lotniskowe do portu Caticlan. Nie było wyboru, panowie sami nas wpakowali do jednego z minivanów i w taki oto szybki sposób trafiłyśmy do portu, skąd dalej wpakowali nas do łodzi i wyrzucili na brzeg wyspy Boracay. Pieniądze w tym kraju to wszystko a raczej załatwią wszystko. Cały transfer z lotniska na wyspę zmieścił się w 2 godzinach, jak się potem okaże, jak na filipińskie warunki transferowe to wyjątkowo szybko.

imageSylwester na Boracay. To nam się udało. Zabawa na plaży, ciepło 28 stopni, bryza z morza i fajerwerki przez 45 minut dudniące nad plażą. Alkohol akurat trafił się nam tani, tańce w piachu i w morzu. Tylko tyle dobrego pamiętamy o Boracay, reszta zostanie przez nas przemilczana. Są odmienne zdania na temat tego miejsca, na imprezę się nadaje, ale odpoczynku raczej się nie uraczy, chyba, że ucieknie się na plażę za skałami z dala od cywilizacyjnego zgiełku. Czy polecamy Boracay? Dla zmęczonych turystów raczej nie, dla młodzieży i spragnionych zabawy i zamieszania – do sprawdzenia. Byłyśmy tam 4 dni, a tylko dlatego, że kolejny wolny lot gdziekolwiek miałyśmy 4. stycznia. Co robić 4 dni na Boracay?? Zająć się chyba tym, czym nasz były prezydent od kapuśniaka lubił najbardziej. Tak oto zaczęła się nasza przygoda z chorobą filipińską i trwa nadal.

Kej eL, czyli powrót do stolicy Malezji

Po górach czas przyszedł na stolicę, w której już kiedyś byłyśmy, ale jak każdy turysta/podróżnik potwierdzi, do tego miasta się wraca. Tym razem znów wzięłyśmy nocleg przy strategicznym miejscu jakim jest stacja metra Masjid Jamek, z tego miejsca blisko do China Town, do Jalan Alor – ulicznych restauracji, a i metro stąd rozwozi we wszystkie kierunki. A przy okazji w hostelu obok w tym samym czasie byli znajomi Jadzi z rodzinnej miejscowości: Ala i Marcin. Och, co to są za pozytywni ludzie, nie umknęła nam też z nimi wspólna impreza na dachu ich hostelu.
W trakcie naszego pobytu odwiedziłyśmy tym razem Batu Caves – jasknie z hinduskimi elementami wystroju, miejsce pielgrzymów a i okazja na spotkanie w Kuala Lumpur małpek na wybiegu. Rada dla wszystkich odwiedzających Batu Caves: jeśli zależy Ci na Twoim posiłku i napojach lub innych rzeczach pod żadnym pozorem nie trzymaj ich w reklamówce, wyłącznie trzymaj je schowane w plecaku, te małpki są tak bystre, że cokolwiek widzą, potrafią wyrwać to z ręki. Byłyśmy światkami jak pewnej chińskiej pani małpka wyrwała reklamówkę z suvenirami. Druga rada wyłącznie dla kobiet: spodnie za kolanko i bluzka zakrywająca ramiona, bez takiego stroju nie wejdziesz, no chyba, że kupisz od Hindusów szmaty za kilka ringitów, które wrzucisz na siebie w trakcie trekingu do jaskini.
Kolejnym punktem naszego szlajania się po Kuala Lumpur było Muzeum Narodowe, do którego nie chciało się szanownym paniom iść na piechotę to wybrałyśmy różowy autobus (darmowa komunikacja KL), wsiadłyśmy jednakże na złym przystanku i zamiast 4 przystanki – autobus przewiózł nas całą pętlę, darmowe zwiedzanie miasta w klimatyzowanej puszce. Muzeum Narodowe jest raczej dla koneserów historii Malezji, na nas nie zrobiło wrażenia. W naszym odczuciu nie jest to obowiązkowy punkt na mapie KL. Natomiast obowiązkowo należy być wieczorem pod wieżami Petronas, jest to najpiękniejszy moment pobytu. Kolorowe fontanny na tyłach obiektu „grają” w rytm muzyki i do tego widok tych bliźniaczych budynków oraz ludzie mówiący we wszystkich językach świata, klimat i widok pozostaje na długo.

image

Będąc przy Petronasach nie można oczywiście ominąć Kampung Bharu, czyli wieś w mieście, sąsiadująca z Petronasami dzielnica KL, niezapomniane przeżycie, nagle z bogatego miasta ociekającego drapaczmi chmur wchodzimy w klimat kur, piesków i wiejskiej sielanki, zarazem bardzo brudnej.
Po kilkudniowym pobycie w KL czas był na sylwester na Filipinach, o czym na pewno wspomnimy w kolejnym wpisie, a Malezję nadal mamy w naszych głowach i 😉 kolejnych planach.

Cameron Highlands – góry w tropiku

Z Penang do Tanah Rata dostałyśmy się minivanem. Tak jak Pani obiecała podróż trwała 4 godziny oczywiście z półgodzinnym postojem na posiłek w przydrożnej knajpie. Droga w połowie trasy stała się kręta i prawie cały czas pod górkę, dlatego osoby z chorobą lokomocyjną lepiej żeby w tym momencie spały. Poza tym podróż wręcz komfortowa jak na ten typ podróżowania, miejsce na nogi, skórzane fotele, klimatyzacja. A do tego kierowca przywiózł nas pod sam pensjonat w Tanah Rata.
Tanah Rata to główna miejscowość w Cameron Highlands, przyszło nam na myśl, że to taka Szklarska Poręba latem. Bary, stragany, pensjonaty, hotele, czego dusza turysty zapragnie. Zaplecze miasteczka bardzo bogate, a jedzenie pyszne u miejscowych hindusów. Miasto i okolica słynie z uprawy herbaty, truskawek i lawendy. Wszystkie pamiątki są w truskawki albo w kolory herbaciane i lawendowe.
Aby wybrać się na oglądanie pól herbacianych wskazane jest, ale nie jest to wymagane, wykupienie wycieczki u jakiegoś miejscowego operatora. Jest to wygodne, gdyż te pola są oddalone o kilka kilometrów od miasteczka, a w cenie otrzymujemy pakiet: samochód z kierowcą, który jest jednocześnie przewodnikiem w języku angielskim oraz mamy możliwość wybrania sobie dodatkowo wycieczki w ramach ceny: na plantacje truskawek, na treking w miejscowym lesie, na punkt widokowy itp. Wszystko zależy od czasu jaki chcemy poświęcić, co na interesuje i jaki mamy zasób gotówki. A dla osób, które lubią prywatne trekingi, droga jest dobra, betonowo-asfaltowa a mapy okolicy rozdają w informacji turystycznej.
Po jednej nocy i dniu zwiedzania postanowiłyśmy ruszyć dalej, bo czas cenny a w Tanah Rata więcej nic nie zwiedzimy.