Angkor Wat

Dawne miasto Angkor położone jest około 8 km na północ od centrum Siem Reap. Ze względu na rozmieszczenie wszystkich budowli na dużym terenie wskazane jest zwiedzanie Angkora tuk tukiem, skuterkiem, busem bądź rowerem, co w tych warunkach pogodowych jest szaleństwem. A że Spragnione lubią szaleństwa – wynajęłyśmy rowery. To był trafny wybór, bo po całym dniu pedałowania, mimo, że rowery były niewygodne, to sprawiło nam to największa frajdę.
Sam Angkor Wat jest zadziwiający, wielki, robi wrażenie jak na budowlę mająca ponad tysiąc lat, ale już okalające go pozostałe świątynie i budowle oddalone czasem kilka kilometrów od niego są jego mniejszą repliką i mogą z każdym kolejnym miejscem nudzić zwiedzającego. Samo zwiedzanie polega na przejechaniu tras: mini albo big. Nie wiemy co to duży tour, ponieważ my widziałyśmy wyłącznie oznaczenia małego touru i nim się kierowałyśmy. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek z Was będzie chciał robić tę większa wersje albo zrobił to w przeszłości z miłą chęcią posłuchamy relacji. A wracając do naszej wycieczki rowerowej, to z kilometra na kilometr mijałyśmy kolejne świątynie, czasem znajdujące się tuż przy drodze, czasem trzeba wjechać w głąb lasu, aby rozkoszować się ich widokiem. Nie jest to jednak dzika natura z wielkimi kamiennymi budowlami. Angkor to miejscowość, w której żyją ludzie, wiec i po drodze mijałyśmy szpital, szkole, domy, sklepy. Poza tym jest to nieźle rozwinięte turystycznie miejsce: woda, soki, owoce, toalety co chwile za sławnego dolara. Czy warte jest to miejsce przejechania tylu kilometrów z Europy? Dla nas było warto przejechać 38 km na rowerze wokół Angkor. Nie chcemy umniejszać wagi i powagi tego miejsca, ale w naszej ocenie jest to zbyt przewartościowane, a Wam pozostawiamy do oceny po fotografiach, a tym co tu byli nie chcemy zmieniać opinii.

Reklamy

Siem Reap – kambodżański punt G

Phnon Penh nas nie zachwycił. Nie można zrzucić tego na mieszkańców tego miasta, ani na architekturę czy klimat, powodem raczej jest nasze nastawienie. Po takiej podróży, temperaturze i melancholii związanej z tęsknota na plażami przyjęłyśmy raczej negatywne nastawienie do tego miejsca. Do tego doszło nas złe samopoczucie. Pogoda i klimat tym razem mniej nam sprzyja.
Postanowiłyśmy jechać dalej, czyli do Siem Reap. Wieczorem zakupiłyśmy transfer u naszej pani gospodyni. Oczywiście nic nie może być normalnie załatwione. Rano pani właścicielka pensjonatu zapukała do drzwi i oznajmiła, że na dole czeka na nas big men in tuk tuk i nas zawiezie na autobus. Myślałyśmy, ze to turystyczny autobus. Na miejscu okazało się jak zwykle: liniowy autobus pełen Khmerów z 4 turystów. Opóźnienie na wyjeździe jednakże mniejsze niż maja w zwyczaju Wietnamczycy. Liczba pasażerów oczywiście nadprogramowa, my na nasze szczęście miałyśmy swoje miejsca siedzące. Planowo autobus miał być na około 15:40 a dojechałyśmy na 17. Po drodze mnóstwo postojów na siusiu, kupkę, jedzonko i znów nie wiadomo czasem dlaczego. Najważniejsze, że autobus dojechał, bo po drodze mijałyśmy kilka rozkraczonych. Hotel nasz w miarę dobrej lokalizacji, więc pozostaje nam tylko destynacja okolicy i miasta. Podobno najważniejsze miejsce na mapie Kambodży.

Istna Kambodża

Drogę do Phnon Penh zaczęłyśmy od naszego ośrodka wypoczynkowego na Phu Quoc. Przyjechał po nas pan minivanem i podrzucił nas do portu oddalonego jakieś 15 km. Z doświadczenia już wiemy jak mniej więcej wyglądają takie transfery między miastami bądź państwami w Azji, dlatego byłyśmy przygotowane na „rzucanie” nami jak workami ziemniaków miedzy rożnymi środkami transportu. W tym wypadku zapowiadało się tak samo. Po dotarciu do portu dano nam do ręki dwa bilety (podszedł pan Wietnamczyk i włożył nam je do ręki), zabrano nam bagaże rzucając na speed boata, a my ładnie stanęłyśmy w kolejce do łodzi. Siadłyśmy na swych miejscach, a łódź się zapełniała i zapełniała. Po zajęciu wszystkich numerowanych miejsc zaczęło się uzupełnianie tej motorówki, łodzi, promu o kolejne miejsca siedzące na schodach, podłodze albo w kabinie kapitana. Zastanawia nas jedno od tych kilkunastu dni: dokąd oni tak podróżują z takimi bagażami? Maja ze sobą wszystko, motorki, lodówki, torby, plecaki, wory. Wyglądają jak przemytnicy w latach 90-tych w Europie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Po dopłynięciu do portu w Ha Tien (nadal Wietnam) przechwyciła nas miła Wietnamka, zabrała do busa i zawiozła do centrum miasteczka do biura podróży, w którym wypisała nam bilet na przekroczenie granicy, zabrała paszporty i opłatę wizową. Poinformowała nas o kontroli lekarskiej na granicy, mimo, że czujemy się trochę kiepsko, jak to Europejczycy w Azji, wypełniłyśmy stosownie papiery zdrowotne tak jak należy, czyli, że jesteśmy zdrowe jak ryby. Kolejnym etapem podróży był autobus, który nie mógł przyjechać punktualnie, bo byłoby to sprzeczne z logiką wietnamską. Autobus po 10 minutach podjechał na granicę z Kambodżą, po czym przy szlabanie nawrócił i tym wielkim autobusem kilkakrotnie nawracał na drodze, aby zatrzymać się nim w jakimś podwórku 300 m od szlabanów. Zapakowano do naszego autobusu kilkanaście, może kilkadziesiąt kartonów z nieznaną zawartością, każąc jeszcze jednej z nas zmienić miejsce, bo zajęła miejsce strategiczne przy oknie wrzutowym. Po załadowaniu towaru udał się autobus na granicę. Tam trzykrotne wsiadanie i wysiadanie z autobusu w celu otrzymania wizy, zbadania przez lekarza i kontroli paszportowej. W międzyczasie jeszcze kilku panów z autobusu musiało pchać nasz autobus, bo nie chciał zapalić. Po ostatniej kontroli paszportowej odbywającej się już w autobusie kazano nam wyjść, bo autobus jechał prawdopodobnie do kurortów, a my w kierunku stolicy. Nasze bagaże zostały umieszczone w mini busie, a nam wskazano miejsca na tyłach. Według naszych obliczeń bus mógł zabrać 11 osób, tak w każdym razie w Polsce by zrobił, ale w kulminacyjnym punkcie w busiku było 15 osób dorosłych (my jedyne białe), 4 dzieci i kierowca. Prawdziwa Kambodża. W międzyczasie jeszcze kilkakrotnie bus się zatrzymywał, aby wysadzić bądź wziąć nowych pasażerów, aby zatankować, zjeść, wypić albo nie wiadomo dlaczego. 170-cio kilometrowy odcinek jechaliśmy przeszło 5h, a nasza droga z Phu Quoc do Phnon Penh 10h. Czy coś jeszcze nam się może przytrafić podobnego?? Jutro się przekonamy, bo jedziemy do Siem Reap.

Phu Quoc – czas relaksu

Z powodu pogarszającej się pogody na północy Wietnamu, nie chcąc na siłę zwiedzać i odhaczać punktów na mapie, zdecydowałyśmy się na krok w kierunku południa. Za nasz cel obrałyśmy opisywaną we wszystkich podręcznikach wyspę Phu Quoc. Znajduje się ona już w Zatoce Tajlandzkiej, więc pogoda raczej gwarantowana. Mimo, że naszą tułaczkę w tym kierunku obrałyśmy samolotami, nie zrobiło to większej różnicy co bus bądź pociąg. Najpierw pierwszy samolot nam się spóźnił, a na kolejny czekałyśmy na lotnisku jak Tom Hanks w filmie Terminal. Czas podróży od wyjścia z hotelu w Nha Trang do pojawienia się w resorcie na Phu Quoc zajął nam 14 godzin. Mimo, że nie spałyśmy juz prawie 24 godziny po zameldowaniu udałyśmy się na posiłek, piwko a potem leżakowanie na plaży. Tęskniłyśmy i marzyłyśmy o tym od początku kiedy się pojawiłyśmy w Wietnamie.
Pobyt tu składa się u nas wyłącznie z leżakowania, spania, jedzenia i picia, no z małym wyjątkiem, kiedy wczoraj kolejny raz wzięłyśmy pod wynajmem motorki. Zwiedziłyśmy kawałek wyspy, ale najważniejsze: znalazłyśmy nasz kawałek bezludnej plaży, na której w końcu odpoczęłyśmy od zgiełku. Marzyłyśmy o tym wspominając poprzednia wyprawę do Tajlandii, gdzie tam było bardzo łatwo o taki skrawek plaży. Jednomyślnie stwierdziłyśmy, ze Wietnam pod tym względem jest mniej egzotyczny, ale żywieniowo za to przoduje w rankingu.
Co dalej?? Dalej tu zostajemy, do momentu, kiedy Kambodża nas nie przyciągnie. Z pozdrowieniami ze słonecznej Phu Quoc.