Pożegnanie z Bangkokiem

Nasz pobyt w Azji dobiegł końca. Jesteśmy już w Doha, czyli wracamy do kraju. Ostatnie 3 dni odbębniłyśmy w Bangkoku. Odwiedziłyśmy w nim główną atrakcję tego miasta, czyli leżącego, stojącego i siedzącego buddę. Poza tym zaliczyłyśmy największe centrum handlowe, szoping na tamtejszych straganach, wycieczkę gondolą z napędem silnikowym po kanałach, szaloną jazdę tuk tukiem, najgłośniejszą ulicę Khao San i wspomniany w poprzednim poście: ping pong show. Czy coś ominęłyśmy?? Raczej nie. To miasto żyje tymi atrakcjami, szczególnie częścią handlową, a Tajowie to „nieźli biznesmeni”. Przykładem może być transakcja kupna odzieży, jaka nas spotkała. Kiedy kupowałyśmy spodnie, za dwie pary pani wołała 340 bahtów, ale kiedy zapytałyśmy się „ile za 3 sztuki spodni”, ta oznajmiła 270 bahtów. Nie zastanawiając się dłużej – wzięłyśmy 3. parę spodenek. Mądra Jadzia twierdzi, że pewnie sztuki jej się nie zgadzały i sposobem na to jest sprzedaż po 3,6,9 sztuki itd. Chyba, że znacie tę „handlową tajemnicę” Tajów, to czekamy na maile.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Biznesmeni z Bangkoku

Im dłużej tutaj jesteśmy i bliżej naszego powrotu do Polski, tym sprawniej się tu poruszamy. Mamy wrażenie, że po miesiącu przebywania tu, jesteśmy ekspertkami od azjatyckiej komunikacji, tym bardziej, że dostałyśmy nawet od chłopaków z Trójmiasta odznaczenie za poruszanie się kolejką po Kuala Lumpur. Ale do meritum. Dziś osiągnęłyśmy najwyższy poziom oszczędności i profesjonalizmu. Dojechałyśmy do centrum Bangkoku z lotniska Don Muang oddalonego o 20 km za 10 bahtów we dwie, czyli za około 1 PLN. Dla zainteresowanych osób, które kiedyś będą korzystały z tego lotniska i będą chciały się dostać do samego centrum, należy pokierować się na Railway, pierwsze zejście na peron i w kasie bilecik na pociąg do centrum za 5 bahtów od osoby 3.klasą w 45 minut. W tych korkach taksówka pewnie jedzie dłużej. Następnie z dworca złapałyśmy tuk tuka, który też za marne bahty zawiózł nas do naszego hotelu. Po małym odpoczynku ruszyłyśmy na najsławniejszą ulicę miasta: Khao San. Tam jedzonko i spacerek po bibelotach. Gdzie nie podeszłyśmy wszyscy się targowali. To się nazywa biznes. Biznes bazarowy.

Kręciłyśmy się tak po okolicy szukając kolejnych atrakcji bazarowych, gdy nagle usłyszałyśmy to znajome wszystkim hasło: ping pong szoł. Bez najmniejszego namysłu padły słowa: hał macz? OK! I w taki oto sposób tuk tukiem zostałyśmy wywiezione z kilka kilometrów od miejsca gdzie się kręciłyśmy na znany wszystkim na całym świecie „Ping pong show”. Kasa biletowa, bilecik, w cenie biletu drink, godzina rozrywki trochę nietypowej. Szczegóły zostawimy dla siebie, ten kto nie widział może zajrzeć przy okazji pobytu w Bangkoku, a ten kto widział … ;)). Niezły biznes jednym słowem. Tak zakończył się nasz dzień, zero fotografii, dużo nietypowych wrażeń i pozytywnych momentów.

Miasto Lwa pod znakiem zakazów

Singapur. Nazywane miastem zakazów (zakaz żucia gum, jedzenia durianów i picia czegokolwiek w metrze, wszędzie prawie zakaz palenia, picia alkoholu, nawet chodzenia po zmroku na plaże w okularach przeciwsłonecznych itp.). Duże światowe miasto. Wydaje się, jak sugerowały inne blogi, że na zwiedzenie tego miasta wystarczą dwa, trzy dni. Jeśli ktoś lubi miejską dżunglę – polecamy wybrać się tu na dobre 5-7 dni. Godna polecenia jest wyspa Sentosa, gdzie każdy znajdzie dla siebie atrakcje. Są plaże z palemkami, bary, restauracje, resorty, oceanarium, kolejki linowe itp. Na wyspę można dostać się na 5 sposobów: samochodem, na pieszo, kolejką gondolową, promem albo pociągiem. Singapur znany jest też z dzielnicy Chinatown. Spędziłyśmy tam sporo czasu. Dzielnica chińska wszystkim może kojarzyć się z bałaganem, brudnymi barami na ulicach, hałasem. W tym mieście tylko jedno pasuje do standardu Chinatown – hałas. Reszta to mit. Tu Chińczycy żyją na bogato, z przepychem. Piękne ulice, centra handlowe, budy z żarciem na wysokim poziomie, czysto, do tego kolorowo, bo przygotowują się właśnie na przyjście nowego chińskiego roku. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem, tak samo dzielnicą chińską, jak i całym miastem. Po wylądowaniu w Singapurze, kiedy zakazano nam kupić na tutejszym lotnisku alkohol, stwierdziłyśmy, że 3 dni w mieście zakazu nam wystarczą. Bo jak tak można?? Nas Polki? Uczciwych obywateli potraktować jak przemytników?? To miasto jednak nas zachwyciło, mimo tych zakazów, mimo, że jest tu bardzo tłoczno, korki na ulicach nawet po północy, turystów masa. Teraz czujemy niedosyt kładąc się spać z myślą, że jutro rano, za kilka godzin opuścimy to miasto. Zasugerowane zdaniem innych osób spędziłyśmy tu za mało czasu. Jeszcze tu wrócimy!